Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciłem konia i popędziłem za nim. Mój kary miał niedaremnie miano Hatatitla, czyli Błyskawica. Przewyższał konia Sziba Bigha pod każdym względem a szczególnie pod względem chyżości. Upłynęła zaledwie minuta, kiedy dobiegłem tak blizko do zbiega, że musiałem go lassem dosięgnąć.
— Zatrzymaj się! — zawołałem na niego.
— Uff, uff! — odpowiedział przeraźliwym głosem, co miało znaczyć: Ani myślę.
Na to wyleciało moje lasso. Pętla spadła na niego i objąwszy mu obie ręce, przycisnęła mu je do ciała. Zatrzymałem karego, a szarpnięcie, jakiego lasso doznało, zciągnęło Indyanina z konia. Zeskoczyłem z konia i ukląkłem przy nim. Leżał nieruchomo.
— Czy mój młody brat jeszcze żyje? — zapytałem, gdyż bardzo łatwo mógł się zabić w upadku. Takie nieszczęśliwe wypadki trafiają się często przy chwytaniu na lasso.
Nie odpowiedział.
— Jeśli Sziba Bigh nie odpowie, przypnę go do konia, jak trupa. Sam sobie potem przypisze, jeśli go będą bolały członki — upomniałem go dobitniej.
— Żyję — odpowiedział dopiero teraz.
— Czy sobie co zrobiłeś?
— Nie.
— Więc zawołaj swego konia.
Po jego upadku z siodła biegło zwierzę jeszcze przez chwilę, lecz na wydany przez pana ostry świst wróciło.
— Teraz skrępuję ręce mojemu młodemu bratu; sam temu winien, że muszę to uczynić.
Leżał jeszcze na ziemi a pętlica lassa przyciskała mu ręce do ciała. Dopomogłem mu wstać, skrępowałem mu ręce i kazałem dosiąść konia. Gdy to uczynił, przeciągnąłem mu pod brzuchem końskim sznur od nogi do nogi i związałem potem jego cugle z mojemi. Dzięki temu panowałem nad koniem, a on nie mógł zleźć z niego. Przewiesiwszy sobie związane