Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


równina, na której muszą cię dostrzedz. Jak zdołasz ujść tylu wojownikom? Jeśli nie postradałeś rozumu, to nam się poddasz.
— Old Shatterhand? Poddać się? Komu? Chłopcu, jakim ty jesteś? A czy ty nawet jesteś chłopcem? Czy nie jesteś małą skomlącą dziewczynką, która powinna być jeszcze na plecach matki a nie należy miedzy dorosłych mężów, zwących się wojownikami?
Nazwać Indyanina starą babą, to wielka obelga, lecz jeszcze większa porównać go z małą dziewczynką. Sziba Bigh zerwał się z wściełością. Nie sięgnął jednak po strzelbę ani po nóż, lecz wrzasnął na mnie:
— Psie, czy mam ciebie zabić? Wystarczy mi powiedzieć słowo, a rzuci się na ciebie pięćdziesięciu wowników!
— A mnie wystarczy dać znak, a zginiecie w dwie minuty, jeśli mi się nie poddacie!
Przy tych słowach odwiodłem kurek rusznicy.
— A więc daj ten znak! — szydził.
— Powiedz to jeszcze raz, a uczynię!
— Uczyń to, uczyń! Zobaczymy, kto ci przyjdzie z pomocą, żeby nas zabić, albo pochwycić.
— Zaraz zobaczysz. Uważaj!
Huknął strzał, a z przeciwległego wzgórza zbiegło siedmdziesięciu Indyan z wojennym okrzykiem. Konie zostawili na górze. Za mną odpowiedziano na okrzyk — z lewej strony nadszedł Winnetou ze swym oddziałem — a z prawej wpadł ze swoimi Old Wabble.
— Rozbroić ich i powiązać! — zawołał Winnetou.
Zanim zdołali pomyśleć o oporze, leżeli na ziemi, a każdego trzymało pięciu lub sześciu Apaczów. W dwie minuty po ostatniem szyderczem wezwaniu Sziba Bigha byli wszyscy skrępowani, przyczem ani jeden z Apaczów nie odniósł najlżejszego skaleczenia. Teraz dopiero zaczęli się odzywać i próbowali podnieść pod naciskiem nierozerwalnych rzemieni, ale napróżno.
— No, sir, czy dobrze zrobiłem, co do mnie należało? — spytał Old Wabble, przystępując do mnie.