Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trochę wymuszenie. — Wiemy, że możesz strzelać nieustannie, ale pięćdziesiąt razy naraz nie wystrzelisz. Trafisz dwu, trzech lub czterech, lecz potem cię pochwycimy.
— Spróbujcie!
— Nie potrzebujemy i tego czynić; jesteśmy o wiele silniejsi i liczniejsi, niż sądzisz.
— Pshaw! — roześmiałem się szyderczo, ażeby pobudzić go do wynurzeń. Nie boję się was pięćdziesięciu; chodźcież tu!
— Możemy czekać, lecz jeśli strzelisz, będziemy się bronili.
Aha; więc teraz nie było już mowy o ataku, lecz o obronie.
— Jeśli się oddalę — a strzelę do każdego, kto się tylko zbliży — nie odważycie się mnie zatrzymać.
— Mimo to nam nie ujdziesz. Nie jesteśmy sami i tworzymy tylko przednią straż całego wojska.
— Pshaw! To kłamstwo!
— To nie kłamstwo, lecz prawda! — zapewniał mnie skwapliwie. — Dokąd chcesz umknąć?
— Do Bloody Foxa.
— Chcemy właśnie napaść na niego; tam dostałbyś się także w nasze ręce!
— To pojadę na zachód.
— Tam jest tylko jedna droga. Musiałbyś umykać do Suks-ma-lestawi.
— Tak zrobię.
— To natknąłbyś się na Wupę Umugi, który stamtąd nadciągnie.
— Ja wiem, lecz on nadejdzie dopiero za trzy dni.
— Nic nie możesz wiedzieć! On przybędzie tam już jutro wieczorem.
— Będzie ciemno i przekradnę się z łatwością.
— To pochwyci cię Nale Masiuw, który w pół dnia tam nadejdzie.
— Pshaw!
— Nie śmiej się! Poza pustynią jest także wielka