Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy wiedziałeś, czego Komancze chcieli tam nad Saskuan-kui?
— Jak mogłem o tem wiedzieć? Nie pytałem o to. Byli tam prawdopodobnie, by łowić ryby.
— Czy wiesz, gdzie się teraz znajdują?
— Domyślam się tego.
— Gdzie?
— Musieli się udać do Mistake-canon, ażeby dopomódz tam Komanczom, którym zagrażają, jak słyszałem, biali jeźdźcy.
— Uff! — zawołał, a twarz jego rozjaśniła się uśmiechem wyższości. Ludzie jego zaczęli na siebie wzajem rzucać spojrzenia, które dowiodły mi, że nie mam powodu być zarozumiałym ze swego rozumu.
— Czy byli z tobą jeszcze jacy ludzie?
— Kilka bladych twarzy.
— Dokąd udaliście się z Saskuan-kui?
— Na zachód.
— A mimo to znajdujesz się tak daleko na wschodzie od Saskuan-kui. Skąd to pochodzi?
— Słyszałem o nieprzyjaźni miedzy białymi jeźdźcami a wojownikami Komanczów. Jako biały, musiałbym był dopomagać żołnierzom, ponieważ jednak jestem przyjacielem czerwonych mężów, starałem się uniknąć tego w ten sposób, że zwróciłem się na wschód.
— Znów nad Błękitną Wodę?
Było to oczywiście bardzo ważne dla niego, czy byłem tam powtórnie, więc odrzekłem:
— Naco miałbym tam wracać? Pojechałem na Llano, aby odwiedzić mego młodego przyjaciela, Bloody Foxa, którego ty znasz także, ponieważ byłeś wtenczas gościem jego i paliłeś z nim fajkę pokoju i przyjaźni.
— Czy zabrałeś blade twarze do niego?
— Pytasz o to, a wiesz, że przyrzekliśmy Bloody Foxowi nie zdradzać jego tajemnicy. Czy mogłem wobec tego sprowadzać obcych ludzi?
— Gdzie oni teraz?