Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy wątpisz? — zapytałem, na pozór zdziwiony.
— Wątpię.
— Dlaczego?
— Ponieważ dowiedziałem się, że Old Shatterhand został nieprzyjacielem Komanczów.
— Ten, kto ci to powiedział, był albo kłamcą albo się mylił.
— Ten, kto to powiedział, złożył dowody, którym muszę wierzyć.
— Czy mój młody brat powie mi te dowody?
— I owszem. Czy Old Shatterhand nie był nad wodą, którą nazywają Saskuan-kui?
— Byłem.
— Czego tam chciałeś?
— Niczego. Droga moja przechodziła tamtędy. Chciałem tam przenocować i ruszyć dalej.
— W takim razie nic tam nie uczyniłeś?
— Przeciwnie.
— Co?
— Zobaczyłem tam czerwonych mężów, którzy pojmali białego wojownika — i uwolniłem go.
— Jacy to byli wojownicy?
— Dowiedziałem się potem od bladej twarzy, że byli to Komancze ze szczepu Naini.
— Jakie prawo miałeś do uwolnienia tej bladej twarzy?
— On nic złego nie uczynił Komanczom. Tak samo uwolniłbym Komancza, któryby niewinnie wpadł w ręce bladych twarzy. Old Shatterhand jest przyjacielem wszystkich dobrych — a wrogiem wszystkich złych ludzi. On nie pyta o barwę tych, co potrzebują pomocy.
— Ale przez to ściągnąłeś na siebie zemstę i nieprzyjaźń Komanczów.
— Nie.
— Tak.
— Nie, bo nazajutrz rano mówiłem z wodzem Wupą Umugi i zawarłem z nim przymierze. Był moim jeńcem, a ja puściłem go wolno.