Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mnie szybkim kłusem. Jakżeż osłupieli na mój widok! Zatrzymałem oczywiście konia, jak gdyby to spotkanie było dla mnie niespodzianką, i wziąłem sztuciec do ręki. Oni pochwycili także za broń i zdawało się, że chcą mnie otoczyć. Na to wymierzyłem strzelbę i zagroziłem:
— Stać! Kto zechce zajść mnie z tyłu, dostanie kulą. Jacyż to czerwoni mogą tu...
Przerwałem zdanie, i wierny mojej roli, zwróciłem zdumiony wzrok na wodza.
— Uff, uff! Old Shatterhand! — zawołał, osadzając konia na miejscu.
— Czy to być może? — odezwałem się. — To Sziba Bigh, młody i mężny wódz Komanczów?
— Tak, ja — odpowiedział. — Czy to duch sawanny przez powietrze przyniósł tu Old Shatterhanda? Wojownikom Komanczów zdawało się, że jest daleko na zachodzie.
Poznałem po nim, że nie wiedział, w jaki ton ma względem mnie uderzyć. Byliśmy niegdyś przyjaciółmi, i miałem pełne prawo także teraz domagać się przyjaźni, a jednak musiał mi być nieprzyjacielem.
— Kto mojemu młodemu czerwonemu bratu powiedział, że jestem na zachodzie? — odparłem.
Otworzył usta, by odpowiedzieć, że dowiedział się od Wupy Umugi, ale rozmyślił się i odrzekł:
— Tak powiedział pewien biały myśliwiec, który miał spotkać Old Shatterhanda w drodze ku zachodowi słońca.
Było to kłamstwo. Spojrzenia jego wojowników spoczywały na mnie posępnie i wrogo. Udałem, że tego nie uważam, jak gdybym żadnego z nich nie widział nad Błękitną Wodą, lecz zlazłem spokojnie z konia, z pozorną swobodą usiadłem na ziemi i rzekłem:
— Z młodym wodzem Komanczów, Sziba Bighem, paliłem fajkę pokoju i przyjaźni. Serce moje zachwyca się, że widzę go znowu po upływie takiego długiego