Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— O dzień drogi stąd na południowy wschód znajduje się puszcza kaktusowa nadzwyczajnych rozmiarów, a do niej prowadzi pas piaszczysty, węziejący coraz to bardziej.
— Jak głęboko?
— Jadąc powoli, można tam trawić prawie dwie godziny, zanim dojedzie się do końca pasu.
— Czy kaktusy są stare, czy świeże?
— Takie i takie, ale rosną gęsto, bardzo gęsto.
— Tak, to rzeczywiście byłoby miejsce takie, że nie moglibyśmy sobie życzyć lepszego dla naszych celów. Czy mój brat Winnetou uważa je także za tak odpowiednie?
Wódz Apaczów skinął potakująco głową i odrzekł swoim spokojnym i zdecydowanym tonem:
— Zapędzimy Komanczów w te kaktusy.
— A zatem jesteśmy gotowi z tem, co na dziś i jutro było do omówiennia; co dalej, to będzie zależało od wypadków. Słońce dosięgło już widnokręgu, więc dajmy wypocząć ludziom i zwierzętom, ażeby jutro mogli być silni i wytrwali.
Wszyscy się z tem zgodzili. Zaopatrzyliśmy konie we wszystko, czego tylko mogła im oaza dostarczyć, Winnetou zaś udał się do Apaczów, ażeby wydać im obozowe rozkazy i pokazać im przez kaktusy drogę do oazy, gdyż musieli napoić konie i samych siebie zaopatrzyć w wodę. Potem ułożyliśmy się na posłaniach ze słomy kukurudzianej, przygotowane tymczasem dla nas przez Sannę.
Ale większość z nas nie zdołała zasnąć od razu. Leżałem obok Winnetou i słuchałem cichego opowiadania o tem, co przeżył od naszego rozstania. Słyszałem przy tem, że Old Wabble i Parker sprzeczali się także przytłumionym głosem. Przez otwarte okno wydobywały się głosy Murzyna i jego matki, szczęśliwych nadzwyczajnie z powodu wzajemnego odzyskania siebie. Od wody zaś dochodziły jeszcze przez długie godziny odgłosy kroków Apaczów i ich koni. Taki wieczór