Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


minie nas i oczy nasze nie padną na niego ani na jego Komanczów?
— Nie.
— Trudno zaprzeczyć temu, co mówi wielki wódz Apaczów, Winnetou — ale na pustyni niema drogi widocznej, jest tam tylko kierunek, z którego łatwo zboczyć na prawo albo na lewo. Czy więc nie może się stać, że Sziba-bigh zboczy i właśnie na nas się natknie?
— Nie. Niechaj brat Fox zwróci się do Old Shatterhanda i dowie się od niego, dlaczego mówię „nie“.
Ponieważ Fox po tych słowach popatrzył na mnie pytająco, a drudzy uczynili to także, oświadczyłem:
— Biały mógłby zboczyć z prostego kierunku, ale czerwony nie zboczy. Ma on nieomylny instynkt lokalny ptaka, który leci prosto do gniazda, odległego milami, chociaż w powietrzu, zupełnie tak, jak tutaj na piasku, niema dróg wykreślonych. Następnie należy zważyć, że pierwsza wataha Indyan ma za zadanie wytyczyć palikami drogę do oazy. Wbijanie ich to praca, która musi nam tak wyraźnie zaznaczyć przybycie Sziba-bigha, że go nie będziemy mogli przeoczyć. On musi nam wpaść w ręce. Sprowadzimy potem jego i ludzi, ale nie tutaj, bo nie wolno mu poznać nowej drogi do oazy, lecz zwiążemy ich tam, na pustyni, i będziemy ich tam dobrze strzegli, dopóki wszystko nie minie.
— A co się zrobi z tykami? Powiedziano przedtem, że usuniemy je i umieścimy w fałszywym kierunku.
— Zrobimy tak rzeczywiście, ażeby zmylić drogę Wupy Umugi.
— Dokąd?
— Hm! Dokądkolwiek, gdzie go z łatwością osaczymy i weźmiemy do niewoli. Pola kaktusowe tak się zmieniły od czasu ostatniej mojej bytności, że z góry nic nie mogę powiedzieć.
— Czy mogę coś zaproponować?
— Czemużby nie?