Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Za pozwoleniem, sir! Oto jest punkt, co do którego musimy się umówić, zanim przyrzeknę wam pomoc obiecaną.
— Czemu?
— Ja nie jestem mordercą!
— Ja także nie!
— Ale wy chcecie mordować!
— Mordować? Nie. Wysłano mnie, żebym walczył z Indsmanami, dopóki ich nie pokonam, dopóki się nie poddadzą.
— A jeśli się poddadzą bez walki?
— I wtedy musi być kara.
— Jak to rozumiecie?
— Każę rozstrzelać co dziesiątego, dwudziestego a choćby co trzydziestego człowieka.
— Więc spróbujcie tego dokazać, ale naszej pomocy musicie się przytem wyrzec.
— A wam co znowu? Ja was się wyrzec nie mogę, bo właśnie was potrzebuję.
— Ja też tak myślę i dlatego zdaje mi się, że los czerwonych nie spoczywa w waszem lecz w naszem ręku.
— Zupełnie w waszem?
— Tak.
— To chyba nie, mr. Shatterhandzie.
— Przecież!
— Nie. Jestem na tyle sprawiedliwy, że uznaję wszystko, co uczyniliście i zamierzacie uczynić, ale wolno mi żądać, żebyście tak samo uznali moje prawa.
— Zapewne, jeśli tylko macie jakie. Ale powiedzcie mi, jakie to prawa sobie przyznajecie?
— Wy i ja jesteśmy sprzymierzeńcami przeciw Komanczom. Jeśli zwyciężymy, należy nam się równe prawo postanowienia, co się ma stać z czerwonymi. Musicie przyznać, że nie może obejść się bez kary.
— Nie, tego właśnie nie przyznam.
— W takim razie mamy odmienne zapatrywania, ale sądzę, że się pogodzimy. Wy coś ustąpicie, ja