Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Old Shatterhand i Old Surehand! Czy to prawdopodobne?
— Nie wierzycie? — spytałem.
— I owszem, ale... ale...
Przerwano mu, gdyż stamtąd, gdzie stały straże zabrzmiał teraz głośny okrzyk:
— Indsmani idą, Indsmani!
— Skąd? — zapytał komendant donośnym głosem.
— Stamtąd, z północy, — brzmiała odpowiedź, przyczem strażnicy wskazywali w podanym kierunku. Oficer chciał dać znak alarmowy, lecz przeszkodziłem mu w tem:
— Bądźcie spokojni, sir! To nic nie znaczy. Jeśli Jeszcze nie wierzycie, że jesteśmy tymi, za których podaliśmy się, to nadejdą świadkowie, którzy wam to potwierdzą.
— Macie czerwonych na myśli?
— Tak.
— Ależ to nieprzyjaciel! Muszę natychmiast...
— Nic nie musicie, nic. To przyjaciele, a nawet zbawcy. To Apacze, których sprowadziłem, ażeby dopomódz wam przeciw Komanczom.
— Apacze? W takim razie wprowadzacie mnie w położenie, sir, bardzo poważne. Czerwoni są czerwonymi, nie można ufać nikomu, a przy tem ja nie wiem jeszcze, czy wy naprawdę jesteście Old Shatterhand.
— Well! Więc zarządźcie, co uważacie za odpowiednie, lecz unikajcie kroków nieprzyjacielskich. Ja wam wszystko wyjaśnię, lecz przedtem dam znak Apaczom, żeby nie zbliżali się do obozu na odległość strzału, dopóki nie nabierzecie zaufania.
— Ja pójdę im powiedzieć — poprosił Old Surehand.
— Tak, uczyńcie to, sir! Powiedzcie im także, żeby kilku z nich ustawiło się na wzgórzu przed zaroślami.
— Tam w górze? Naco? — spytał komendant ciągle jeszcze z nieufnością. — Naco posterunków za moimi plecami?