Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ażeby wypatrywać nadejścia Nale Masiuwa. On może nadejść każdej chwili.
— Mógłbym przecież postawić moich ludzi na straży.
— Moi Apacze mają lepsze oczy.
— Do pioruna! Gdybyście wy... wy...
— No, co dalej, sir! Chcecie powiedzieć; gdybyście byli nieprzyjaciółmi i oszustami?
— Tak — przyznał się.
— Czy rzeczywiście wam się wydaje, że dwaj biali mogliby być tacy zuchwali i źli zarazem?
— Hm! ja nie wiem, czy nadchodzący czerwoni są istotnie Apaczami.
— Więc nie umiecie odróżnić Apaczów od Komanczów?
— Nie.
— I prowadzicie wojnę z Indyanami? Wobec tego możecie popełniać najgrubsze błędy! Zresztą popatrzcie, tam nadchodzą. Jest ich pięćdziesięciu, a wy macie, jak oceniam, około stu dobrze wyszkolonych jeźdźców. Czy możecie się obawiać czerwonych?
— Nie. Chcę wam zaufać, sir, tylko niechaj Indsmani zatrzymają się zdala od obozu, dopóki nie pozwolę im przyjść tu. Moja powinność nakazuje mi to zarządzić.
— Uznaję to, a wy widzicie teraz, że możecie być spokojni. Mr. Surehand już doszedł do nich; zatrzymali się i zsiadają z koni. Tylko trzej odjeżdzają na wzgórze; to straże, mające czuwać nad naszem bezpieczeństwem.
— Ładnie! Jestem zadowolony, sir. Mimo to nie mogę zaniedbać tego, co nakazuje mi troska o nasze bezpieczeństwo.
Wydał kilka rozkazów, po których żołnierze zajęli ze strzelbami, gotowemi do strzału, takie stanowisko, że na wypadek ataku Apaczów mogli go z łatwością odeprzeć.
— Niechaj was to nie gniewa — tłómaczył się.