Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jak gdybym był dla niego czemś niepojętem i zapytał mnie:
— Ależ, sir, co to za urojenia?
— Nie działa tutaj wcale moja wyobraźnia; mówię o rzeczach rzeczywistych.
— Znacie wszystkie imiona; skąd?
— Mówię językiem Komanczów.
— Wy, przeszukiwacz grobów?
— Przeszukiwacz grobów, pshaw! Czy wciąż jeszcze nie poznajecie, że znajdowaliście się co do mnie w grubym błędzie?
— W błędzie? Czyż nie jesteście tym, za kogo was miałem?
— Nie.
— A kimże?
— Teraz pokaże się, kto ma wodę w głowie: ja — czy wy. Czy rzeczywiście uważaliście za możebne to, żeby uczony włóczył się, jak głupiec, po Dzikim Zachodzie tylko w celu szukania mogił?
— All devils!
— I że tak plącze się Indyanom po drodze, a oni nie mogą go zobaczyć?
— Jestem zdumiony, sir!
— Zdumiewajcie się nad sobą, a nie nade mną. Wymieniłem wam przedtem imiona trzech ludzi, o których słyszeliście pewnie. Czy wiecie może przypadkiem, na jakim koniu jeździ zazwyczaj Winnetou?
— Na karym ogierze, który ma się nazywać Wiatr.
— Tak, Wiatr, a nazwa Apaczów Ilczi. Czy słyszeliście także o koniu Old Shatterhanda?
— Tak, to także kary ogier, zwany Błyskawica.
— Słusznie! Słowo Apaczów na to jest „hatatitla“. Teraz popatrzcie tam na mego konia.
Kary pasł się o jakie siedmdziesiąt kroków ode mnie. Zwróciłem się ku niemu i zawołałem: „Hatatitla“! Koń przybiegł natychmiast i zaczął pieszczotliwie pocierać pyskiem o moje plecy.
— Zounds! — zawołał komendant. — Byłby...