Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


która nam prawdopodobnie podwójnie utrudni wykonanie naszego przedsięwzięcia.
— Co takiego?
Między wodą a zaroślami nie ma dość paszy dla koni, przypuszczam więc, że nie stoją one nad wodą, lecz po tej stronie pasu leśnego, gdzie trawy jest podostatkiem.
— Heigh-ho! Tam będą strażnicy.
— Oczywiście! Będziemy mieli obóz przed sobą, a konie ze strażnikami za sobą, i znajdziemy się w położeniu, wymagającem wielkiej ostrożności, zwłaszcza, że konie Indyan są prawie tak czujne, jak ich panowie. Ale nie mówmy już dalej; musimy skupić uwagę.
Uszliśmy już prawie pół drogi; im bliżej znajdowaliśmy się jeziora, tem łatwiej mogliśmy się spotkać z krążącymi jeszcze Indyanami. Szczęściem nie wydarzyło się nic podobnego, i bez przeszkody dostaliśmy się tam, gdzie woda odpływała z jeziora.
Pas lasu wrzynał się tu wielkim łukiem w trawiastą równinę. Szliśmy wzdłuż niego przez pewien czas, aż nagle powstrzymaliśmy kroki, gdyż tuż przed sobą usłyszeliśmy głosy ludzkie.
— Pa-gu — zawołał ktoś. — Hetet-sha enuka?
To znaczy: Pagu, gdzie jesteś?“
— Eiwe, tu — odrzekł drugi.
— Bete omi! Chodź tutaj!
— Szaj katu lel — nie mam czasu.
Potem nastała cisza, ja zaś szepnąłem do Old Wabble’a:
— To dyalekt podobny do tonkawy Komanczów Racurroh. Mamy zatem przed sobą tych, których szukamy. Czy znacie to narzecze?
— Tak.
— A więc zrozumieliście słowa?
— Tak, jeden wołał drugiego, a ten drugi nie ma czasu.
— Dobrze! Bardzo mi przyjemnie, że rozumiecie ten język, bo możecie razem ze mną podsłuchać