Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Na zawsze? — zapytałem z uśmiechem.
— Nie, tylko dopóki nie wrócimy.
Oddałem Parkerowi moje strzelby, poczem poszliśmy obaj.
Zarośla, otaczające odpływ jeziora, tworzyły wązki pas, do którego przytykała całkiem otwarta równina. Trzymaliśmy się ich skraju, a wysunięte krzaki dawały nam taką osłonę, że nie obawialiśmy się spotkania, gdyż mogliśmy się bardzo prędko ukryć. Gdy zmrok przeminął i nastała zupełna ciemność, nawet i o to już nie było obawy.
Nauczka, jaką dostał Old Wabble od Parkera, nie na długo poskutkowała. Nie doszliśmy jeszcze daleko, kiedy spytał mnie całkiem cicho:
— Jaki kształt ma Błękitna Woda, sir?
— Koła. jest to jezioro, które nazwałbym raczej stawem albo sadzawką, gdyż przez jezioro rozumie się większą płaszczyznę wody.
— Jakież ono wielkie?
— Potrzebowałem dwudziestu minut, by je przepłynąć po średnicy.
— W takim razie nie jest zbyt małe, gdyż słyszałem, że jesteście znakomitym pływakiem. Opowiadają, że u Siouksów musieliście kilka razy pływać za cenę życia.
— Nawet więcej razy.
— A najlepsi pływacy tej czerwonej bandy mieli zostać w tyle za wami.
— Pewnie, bo nie żyłbym już. A wy jak pływacie, mr. Cutterze?
— Jak ryba.
— Rzeczywiście?
— Tak. Może nie wierzycie?
— Skoro tak mówicie, to musi to być prawdą. W takim razie pływacie lepiej ode mnie, gdyż ja nie ośmieliłbym się powiedzieć, że pływam, jak ryba. Zresztą nie jesteście zbyt mięsistym.
— Tak, bardzo dużo kości, a na nich sama skóra