Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


was ze sobą, gdyby sprawa nie była taka niebezpieczna. Najmniejszy błąd może nas zdradzić i o śmierć przyprawić.
— Daję wam słowo, że nie popełnię żadnego błędu.
— Słowo? Hm. No, niech i tak będzie. Spodziewam się, że go dotrzymacie.
— Dziękuję wam. Najpierw posłucham waszych wskazówek, a potem możemy iść.
Zwinął włosy na głowie i obwiązał je chustką. Czyniąc to, mówił dalej:
— Czy znacie Błękitną Wodę i jej otoczenie tak dokładnie, że spodziewacie się znaleźć czerwonych nawet w ciemności?
— Tak. Możecie być pewni, bo gdyby tak nie było, obrałbym do podchodzenia ostatnią godzinę dnia i nie leżałbym tutaj bezpotrzebnie.
— Brawo, brawo! — zawołał Parker.
— A wy co tu tak wrzeszczycie, he?
— Krzyknąłem brawo — odparł zapytany.
— To słyszałem, nie jestem głuchy. Ale chcę wiedzieć, dlaczego tak krzyczycie!
— Z radości, że wam Old Shatterhand dał takiego znakomitego szczutka w nos.
— Szczutka? Jakto!
— Najpierw jesteście gburem dla mnie i każecie mi milczeć i nazywacie mnie niewiadomo ilogarbnym wielbłądem za to, że pozwoliłem sobie wypowiedzieć całkiem skromne zapytanie, d teraz pleciecie sami takie niedowarzone rzeczy, że was Old Shatterhand musi za to pociągać do odpowiedzialności. „Możecie być pewni“ — powiedział, a ja jeszcze raz zawołam: Brawo!
— Zamkijcie dziób, czcigodny sir! Moje pytanie było całkiem rzeczowe.
— Moje także.
— To się wam tylko zdaje. Zresztą tu na dzikim Zachodzie i w pobliżu Indyan nie krzyczy się tak głośno brawo, że aż płuca pękają. Chodźcie mr. Shatterhandzie; zostawmy go.