Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—  52  —

leżąc tam w krzaku, nie ucięliście gałązki, ażeby lepiej widzieć?
 — Tak, słusznie. A zatem widzieliście to, sir? To dowód, bo nie moglibyście o tem wiedzieć.
 — Skoroście wiedzieli, czemu nie powiedzieliście nam o tem? — spytał Parker.
 — Uważałem to za zbyteczne.
 — Oho! A gdyby to był czerwonoskóry?
 — Wiedziałem, że to biały.
 — To nie może być!
 — Chcecie uchodzić za westmana, a nie wiecie, jak można w ciemności, nie widząc nikogo, rozróżnić białego od czerwonego!
 — No, nauczylibyście mnie tego?
 — Przydałoby się, gdyż popełniliście błąd jeszcze większy od tego. Taki błąd można życiem przypłacić.
 — Do pioruna! Powiedzcież mi, jeśli jesteście tak dobry, co to za błąd.
 — Spełnię wam i to życzenie. Czy możecie mi naprzykład powiedzieć, co dzicy czynią, gdy ucieknie im biały?
 — Oczywiście, że mogę. Jadą za nim, by go pochwycić. O tem wie każdy.
 — Ale wy nie wiecie widocznie.
 — Jakto? Zaczynacie obrażać, sir.
 — Nie obrażam, ale przestrzegam. Mr. Cutter umknął Komanczom. Czy sądzicie, że nie będą go ścigali?
 — Zounds! O tem nie pomyślałem.
 — Ale o takich rzeczach powinno się myśleć. Indyanie musieli się już dla samego Old Surehanda puścić w pogoń za mr. Cutterem, by go uczynić nieszkodliwym.

 — Thunder-storm! — zawołał Old Wabble, uderzając się ręką w czoło. — To bardzo słuszne, sir. Jak mogłem tak zupełnie zapomnieć o tem niebezpieczeństwie? Ścigają mnie z pewnością i spróbują wszystkiego, by mnie pochwycić.