Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kroków od ogniska, przy którem siedzieli dwaj Indyanie naprzeciwko siebie, z twarzami, zwróconemi do siebie, tak, że widzieliśmy oba profile. Byli to Komancze; ale czego chcieli nad brodem i naco to ognisko? Te dwa pytania musieliśmy sobie przedłożyć. Odpowiedź nie mogła być wcale trudna.
Old Surehand miał te same myśli, co ja. Szepnął do mnie:
— Nale Masiuw jeszcze nie przybył. Mieliście słuszność w swoich domysłach.
— Tak. Czekają na niego i ustawili tutaj te straże, które mają się z nim spotkać.
— Do czego im to potrzebne?
— To bardzo proste. Nale Masiuw pochodzi z innego szczepu, niż Wupa Umugi, a jego pastwiska leżą dalej stąd. Dlatego nie zna brodu, a ci dwaj mają mu go pokazać, kiedy nadciągnie.
— Tak musi być. Jak to dobrze, że przybyliśmy tutaj dopiero wieczorem!
— Tak. Za dnia byliby nas spostrzegli, gdyż pewnie już tutaj byli. Teraz woń ochroniła nas od zdradzenia się.
— To byłoby źle, chociaż nie zdołaliby nas pewnie pochwycić. Wiedzieliby przecież, że wciąż jeszcze jesteśmy w tych stronach, gdy tymczasem przypuszczali przeciwnie.
— To ognisko jest w każdym razie dowodem, że przypuszczają, iż, Bóg wie, gdzie jesteśmy. Gdyby się nas w tych stronach spodziewali, nie odważyliby się rozniecać ognia. Głupcy; oni jednak nigdy nie zmądrzeją.
— Nie powinni się na to uskarżać, żebyśmy nie dali im sposobności do zmądrzenia. Daliście im dość dobrych nauk. Zostaniemy tutaj?
— Chciałbym.
— Ja także. Teraz siedzą wprawdzie niemi, jak bałwany, ale może zaczną mówić o czem do siebie.
— Gdy to uczynią, dowiemy się czegoś.
— Ważnego?