Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jeśli nie, to przynajmniej czegoś, co nas zajmie. Jeden z nich to wybitny wojownik.
— Czy wy go znacie?
— Tak. Kiedy podsłuchiwałem tam nad Błękitną Wodą, siedział obok wodza i obok starego brał udział w rozmowie. Jeśli zaczną rozmawiać, to prawdopodobnie o swych wojennych zamiarach. Słuchajcie!
Czerwony, o którym mówiliśmy właśnie, wymówił jakieś słowo, ale tak krótko i głosem tak przytłumionym, że nie podobna było go zrozumieć. Drugi odpowiedział mu, lecz także niezrozumiale. Tak padały przez pewien czas słowa luźne, a my nie wiedzieliśmy, do kogo i do czego się odnosiły. Przyłożyliśmy więc ucho do ziemi, żeby lepiej rozumieć.
Zaledwieśmy to zrobili, trącił mnie Old Surehand znacząco łokciem. Wiedziałem od razu, co miał na myśli, gdyż dosłyszałem także odgłos, na który chciał zwrócić moją uwagę. Znaliśmy go dobrze obydwaj. Był to tętent kopyt po miękkim gruncie, przyczem trącono o jakiś korzeń, lub coś stałego.
— Czy to może nasze konie? — spytał Old Surehand.
— Nie. Odgłos doszedł nas z przodu.
— A więc tu idzie o czerwonych, którzy nadchodzą.
— Zapewne.
— Także Komanczów, bo mieliby się bardziej na baczności i prowadziliby lepiej konie.
— To Komancze, ale oni nie wiedzą, że tu także siedzą czerwoni.
— Czyż nie dostrzegliby ogniska?
— Nie. Z odgłosu można sądzić o odległości jakich ośmdziesięciu kroków, a w górze stoją gęste zarośla, zasłaniające ognisko.
— Lecz powinni je poczuć.
— Nie, bo wiatr wieje stamtąd i zwiewa dym, oraz woń w stronę przeciwną.
— Ciekawym, kto to!
— Ja także. Skoro tylko ogień zauważą, zatrzymają