Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zostalibyście byli jeszcze lepszym proboszczem kaznodzieją; th’ is clear.
— Jestem westmanem tylko przy sposobności. Przedewszystkiem jestem człowiekiem — i gdy drugi człowiek znajduje się w potrzebie a ja mogę mu dopomódz, to nie pytam się, czy jego skóra ma barwę zieloną czy niebieską. Tego Boba nie zostawię u Komanczów!
— Owszem! Nie bronię wcale, gotów nawet jestem wam dopomódz, ale teraz nie mamy wcale czasu na to.
— Ale to musi się stać zaraz teraz!
— Co? jak? Teraz właśnie?
— Tak.
— Przecież musimy ruszyć do Nargoleteh-tsil, aby się tam spotkać z Apaczami.
— Na to jeszcze czas.
— Jeszcze czas? Sir, ja was nie pojmuję.
— Czyż nie umiecie liczyć, mr. Cutterze? Czy sądzicie, że Apacze już tam być mogą?
— To musicie lepiej wiedzieć ode mnie. Ja tam mniej myślę o nich, aniżeli o Komanczach, których musimy uprzedzić.
— To także nic pilnego. Od wczoraj wieczorem za trzy dni ma Nale-Masiuw przybyć nad Błękitną Wodę. Czy sądzicie, że zaraz potem wyruszą?
— Nie, gdyż jego ludzie i konie muszą wypocząć z drogi.
— Przynajmniej jeden dzień wypocząć; mamy więc od teraz trzy dni czasu, a z tego potrzeba mi tylko dwu na uwolnienie Boba.
Stary chciał odpowiadać w dalszym ciągu, lecz Old Surehand uprzedził go, mówiąc:
— Powiedzcie-no, mr. Shatterhandzie. Słyszałem o was coś, co mnie nadzwyczajnie zajęło. Mieliście tam w Parku Narodowym spotkanie z Siouksami. Mieliście przy sobie towarzystwo dzielnych ludzi i Murzyna, nazywającego się Bob, jeśli się nie mylę.
— Tak jest.