Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—  180  —

 — Szkodę? Jak może mój biały wódz mówić o szkodzie?
 — Chciałem pomówić z tymi ludźmi i byłbym pewnie dowiedział się od nich, co chcę wiedzieć.
 — Oni nie odpowiedzieliby na nic.
 — Powiedzieliby. Czy mój czerwony brat uważa mnie za tak nierozumnego, że powiedziałbym im, co chcę wiedzieć? Czyż nie wie, że mowa i pytania chytrego człowieka są jako pętle, w które złowić można nawet mądrego?
 — Wiem o tem, ale Old Shatterhand nie ma teraz potrzeby pytać tych psów Komanczów.
 — Pewnie, że nie, bo nie żyją!
 — Gdyby nawet byli przy życiu. Ja wiem wszystko; dowiedziałem się.
 — Od kogo?
 — Od nich.
 — Czy mówiłeś z nimi?
 — Nie.
 — Więc podsłuchałeś ich?
 — Tak.
 — Dobrze, zobaczymy, czy mnie zadowolisz. Teraz pokaż twoją ranę. Czy głęboka?
 — Ja nie wiem, ale nie może być śmiertelna.
 Miał słuszność; nie była nawet ciężka. Nóż wbił mu się tylko z boku w prawy mięsień piersiowy i zesunął się po żebrach. Dla Indyanina była to rana lekka, chociaż nie mógł uniknąć gorączki. Kiedy go opatrywałem, przybyli Parker i Hawley i zdziwili się niemało na widok tego, co zobaczyli.
 — Oto widzicie, moi panowie, jak szybko uporaliśmy się z tymi opryszkami — rzekł do nich Old Wabble. — Kiedy przybyłem, byli trzej, niestety, już zabici. Byłbym wziął wszystkich sześciu na siebie. Jak pięknie umiały te draby podnosić ręce w górę!
 — A jak łatwo mogliście przy tem wpaść w dołek, mr. Cutterze! — dodałem.

 — W dołek? — zapytał zdumiony.