Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak.
— Jakto?
— No, gdyby byli nie podnieśli rąk w górę?
— To byłbym ich powystrzelał.
— Ilu?
— Oczywiście, że wszystkich trzech; th’ is clear.
— Jednego, tak — ale tamci dwaj pochwyciliby was za połę.
— Niechby spróbowali!
— Czemu nie? Jak bylibyście się bronili, mając wystrzeloną strzelbę w ręku a ich dwu na plecach? W tej bijatyce dostalibyście po skórze.
— Zaczekać, zaczekać, sir.
— A co byłoby, gdybyście zamiast trzech zastali tu wszystkich sześciu?
— Przecież stałem przedtem za krzakiem i widziałem, jak rzeczy stoją. A gdyby ich nawet było sześciu, postąpiłbym tak samo.
— I byliby was zgasili!
— Pshaw! Przecież nie jestem dzieckiem. Przypomnijcie sobie tylko siebie, sir! Przecież już nie raz byliście w tem położeniu, że trzeba się było zabrać do sześciu czerwonych.
— Ale te położenia bywały inne. Mnie boją się bardziej, aniżeli was, i mam sztuciec Henry’ego, który czerwoni uważają za strzelbę czarodziejską.
— Hm, tak. Ale mimo to nie popełniłem żadnego błędu, bo nic mi się stać nie mogło.
— Chyba dlatego, że byłem blizko z Old Surehandem.
— Tak.
— W takim razie mylicie się bardzo. Gdyby czerwoni nie przerazili się tak i zachowali przytomność umysłu, bylibyście dostali kulą albo nożem, i nie moglibyśmy byli temu wcześniej przeszkodzić. A gdybyście nawet mieli słuszność pod każdym względem, to napewno nie pod tym, że postąpiliście wbrew mojemu poleceniu. Postanowiono przecież, że mieliście zostać tam za lasem, przy koniach.