Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już tu nie będzie i kiedy będę miał za plecyma Mistake-Canon.
— Czemu? Czy obawiasz się ducha zabitego Indyanina?
— Obawiać się? Nie, ale mi z myśli nie schodzi. Ten kenion to dla mnie bezecne miejsce. Przeżyłem tam coś, co nie każdy przeżył i znalazłem przytem złoto.
— Złoto, w Mistake-Canon?
— Yes.
— To nie może być. Tam go niema.
— A przecie musiało być, skorośmy je tam znaleźli.
— A więc istotnie? Odkryliście je tam przypadkiem, stary Józie?
— Nie. Pokazał nam Indyanin.
— Trudno uwierzyć. Czerwony nigdy nic takiego nie wyjawi białemu, żeby nawet był najlepszym jego przyjacielem.
— W takim razie wypadek ten był wyjątkiem. Był to nawet ten sam czerwony, którego tam zastrzelono. Opowiem wam może tę historyę, gdy jutro zobaczymy ten kenion. Teraz nie mam ochoty i wolę o tem zamilczeć. Daj mi mięsa, bo jestem głodny. To wprawdzie tylko antylopa, ale musi smakować, bo niema czego innego. Wolałbym kawał bawolego garbu, albo polędwicę z łosia.
— Łosiowej? Ach łoś, to słuszne! — zawołał Parker, mlaskając językiem. — To najdelikatniejsza i najsoczystsza pieczeń, jaka tylko być może. Ilekroć tylko pomyślę o łosiu, przychodzi mi na myśl westman, który właściwie zrobił ze mnie myśliwca.
— Kto to był taki?
— Imię jego wymieniono przed chwilą. Mam na myśli Old Wabblego.
— Co? Jak? Old Wabblego? Tego, zarówno osobliwego, jak słynnego starca? Więc go znałeś?
— Czy go znałem? Cóż za pytanie! Pod jego to kierunkiem przeżyłem na zachodzie pierwszą przy-