Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W dziesięć minut potem dostaliśmy się nad strumyk, którym dążyliśmy w ten sposób, że kazaliśmy koniom brodzić we wodzie. Podczas tego rzekł do mnie Old Wabble:
— Sir, czy uwierzycie mi, że teraz odgadłem jeden z waszych podstępów?
— Jakiżto?
— To, że nie jechaliśmy aż do strumyka z tymi ośmiu mazgajami. Zatrzymaliście się z rozmysłem dalej w dole.
— Czemu?
— Z powodu ścigających. Jeśli nadejdą, zsiędą z koni tam, gdzie zatrzymaliśmy się przedtem, i zbadają to miejsce, by się dowiedzieć, dlaczego staliśmy tutaj. Czy nie tak, mr. Shatterhandzie?
— Tak.
— Well! Gdybyśmy byli zatrzymali się nad potokiem, zbadaliby to miejsce dokładnie i zauważyliby pewnie, że z trzynastu jeźdźców pięciu zwróciło konie do wody. W ten sposób odkrytoby nasz nowy trop. Aby tego uniknąć, postaraliście się, żeby rozłączenie się odbyło się już przedtem.
— Tak, odgadliście, mr. Cutterze. Może nam się to przydać, jeśli i później będziemy się tak dobrze rozumieli.
Brodzenie po wodzie przychodziło koniom z trudem, ponieważ jej szerokość i głębia zmieniała się bardzo często. Ale pozwoliliśmy upłynąć godzinie, zanim zwróciliśmy je na suchy grunt. Uczyniliśmy to w miejscu skalistem, gdzie nie mogliśmy zostawić śladów, któreby nas zdradziły. Na tem jednak skończyła się ostrożność, i mogliśmy już być pewni, że uczyniliśmy wszystko dla uniemożliwienia Komanczom odkrycia nas. Wodą szliśmy przez godzinę na południe, więc opuściliśmy ją i podążyliśmy na wschód, ażeby dostać się znów nad Rio Pecos. Wedle moich obliczeń musiało to nastąpić w miejscu, odległem o dwie godziny drogi od brodu, i jeśliby nie nastąpił jaki