Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mr. Shatterhand i Joz Hawley. Oni siedzieli przy tem opowiadaniu. Czy to prawda, czy też nie, Jozie?
Stary nie odważył się zwrócić się do mnie z tem pytaniem. Byłbym odpowiedział żartem, ale uczciwy Hawley oświadczył bardzo poważnie:
— Tak, on opowiadał o tem, że łosia wtedy nie zastrzelił. Co prawda, to prawda.
Na to fuknął nań Parker gniewnie:
— Zamknij dziób, stara barania głowo! Jak możesz twierdzić, że to prawda?
— Bo sam to opowiadałeś.
— Taki nonsens! Sam opowiadałem! Czyż to musi być prawda?
— Sądzę.
— Tu niema nic do sądzenia, zupełnie nic. Często opowiada się coś, co się zdarzyło inaczej.
— Czemuż miałoby się opowiadać inaczej?
— Ponieważ nie wie się dobrze, albo dla żartu, tak było u mnie.
— Bez wykrętów — wtrącił Old Wabble. — Żaden westman nie będzie opowiadał, że nie trafił zwierzyny i do tego olbrzymiego łosia, jeśli trafił go rzeczywiście. Wy zaś wyszliście jeszcze daleko poza to wyparcie się i powiedzieliście, że to czerwony go zastrzelił. Wiem, jak rzeczy stoją i na tem koniec, a teraz mamy o czem innem pomyśleć. A zatem zawracamy tu, Mr. Shatterhandzie?
— Nie tu, lecz trochę dalej, tam, w górze.
— Czemu jeszcze dalej?
— Tam płynie rzeka, wiodąca w bok. Pojedziemy nad nią i ukryjemy nasze ślady przed czerwonymi, gdyby nadeszli przed wieczorem.
— To sprytne! Pójdą śladami naszych wiarołomnych towarzyszy i będą sądzili, że jesteśmy jeszcze z nimi, a tymczasem my umkniemy na bok. To myśl tak dobra, że możnaby ją w książce wydrukować; th’ is clear.