Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


konia przyczepione były jeszcze dwa obładowane jukami.
— Otóż jestem z powrotem — rzekł, śmiejąc się.
— Przyniosłem wam coś, co bardzo się nawet przyda. Ah, good evening, Old Surehand! Także już tu? Myślałem sobie, że przy tem nie byłem koniecznie potrzebny. Na uwolnienie wystarczył taki mąż, jak Old Shatterhand.
— Gdzież siedzieliście, mr. Cutterze? — spytałem. — Niepokoiliśmy się o was.
— Niepokoili? Chciałbym wiedzieć czemu, i coby mi się stać mogło. Ja sam troszczę się o siebie, a i o drugich, jak to zaraz zobaczycie.
— Nie przyszliście przecież na wyspę!
— Ani mi się śniło.
— Czemuż nie?
— Bo byłem wielki osioł, th’ is clear. Zdawało mi się, że umiem Bóg wie jak pływać i nurkować, ale wam nie mogłem nadążyć. Pływanie odbyłem jakoś szczęśliwie, choć tylko tam. Wracać tak samo i znów gubić spodnie, to nie dla mnie interes; a w dodatku nurkować! A jeśli się już nie wypłynie? Można przecież żywcem utonąć. Zostałem więc pod tratwą i zostawiłem rzeczy własnemu biegowi. Wtem zerwały się nagle ryki, że aż mój parowiec się zatrząsł, a czerwoni powskakiwali do wody. Ani jeden nie został na lądzie; nawet dozorcy koni puścili się za wami. Jeden z nich musiał zostać i tego postanowiłem sobie zabrać. Pożeglowałem więc ku lądowi, wylazłem z pod mego baldachimu, poskoczyłem ku czerwonemu i dałem mu takiego klapsa, że siadł, nie spytawszy mnie o pozwolenie. Związałem go jednym z rzemieni, na których wisiało mięso. Przyszło mi na myśl, że nam potrzeba żywności, jeśli... aha, nie chcę powiedzieć, dokąd się udamy. Pobiegłem więc na pastwisko i zabrałem dwa konie; jednego dla czerwonego boya, a dwa pod mięso. Siodła leżały obok. Musiałem się nieco śpieszyć, ażeby się uporać zawczasu, ale wszystko poszło tak, jak sobie