Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Teraz nadszedł czas, mr. Cutterze. Musimy teraz wleść pod sitowie.
— Well, to zaraz się stanie — odrzekł.
— Jeszcze chwileczkę! Gdy będziemy mieli głowy w otworach a zechcemy sobie coś powiedzieć, to może to się stać tylko szeptem.
— Rozumie się samo przez się.
— Chociaż puścimy tratwę z prądem, musimy ją jednak kierować; zostawcie to mnie.
— I owszem. Powiedzcie mi tylko, kiedy się mam zanurzyć. Zaraz to zrobię.
— Rzeczywiście?
— Powiadam wam całkiem seryo, nie bójcie się o mnie. Daję wam na to słowo, że wcale, ale to wcale nie będę dla was ciężarem!
Był to zupełnie inny ton, niżeli przedtem. Czyżby tylko udawał? Byłby rzeczywiście dobrym nurkiem?
Wsunęliśmy się pod tratwę i wystawiliśmy głowy przez otwory. Potem włożyliśmy ręce w pętle i wisieliśmy prostopadle, jak gimnastycy na wiszących pierścieniach. Sitowie nas niosło; nie pływaliśmy wcale i tylko mały ruch ręką lub nogą wystarczał do kierowania. Szło to bardzo powoli, a w oczekiwaniu czas dłużył się jeszcze bardziej.
— To pośpieszna żegluga — szepnął stary. — Czy widzicie dobrze, sir?
— Tak.
— Teraz powinienby nadpłynąć rekin i ukąsić w nogę. Thunder, a to poruszyłby się nasz steamer. Jak to dobrze, że tutaj nie ma tych bestyi ani krokodyli! Patrzcie!
— Widzę go.
— A on nas widzi. Co on zrobi?
Byliśmy o sześćdziesiąt kroków może od wyspy. W zaroślach była szeroka przerwa, a przez nią widać było ogień. W świetle jego dostrzegliśmy Indyanina, czerpiącego wodę. Zauważył nas, patrzył ku nam przez chwilę i wrócił potem do ogniska.