Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łatwem do wykonania. Czy uwolniliście już kiedy jeńca w ton sposób?
— Nie, ale wy! Dokonaliście już nawet więcej tnklch sztuczek.
— To nie powód, żeby zawsze miało pójść tak mimiko. Należy się stosować do okoliczności, które rzadko kiedy są takie same.
— To szkoda. Przyznam się wam szczerze i uczciwie, że chętnie stanąłbym przed naszymi towarzyszami, którzy nie są prawdziwymi westmanami, z gotowym czynem.
— To znaczy, że chcielibyście pochełpić się nieco.
— Nazwijcie to, jak chcecie. To nie wstyd przecież wydobyć, z wami tylko, z pośród stu pięćdziesięciu Indyan jeńca, przeznaczonego na śmierć męczeńską.
— Wstyd — nie.
— A zatem. Ale ta uciecha mi przepada.
— Jakto?
— Bo prawdopodobnie będą nam pomagali ten Sam Parker, Joz Hawley i inni.
— Nie można tego nazwać pomocą. Utworzą tylko linię naszego odwrotu; to wszytko.
— Rzeczywiście?
— Tak. Uwolnimy Old Surechanda tylko my obaj; ja i wy.
— To mi bardzo przyjemne!
— Przypuszczam oczywiście z góry, że jesteście dobrym pływakiem, jak mi to powiedzieliście sami.
— Jak ryba — powiadam wam, że jak ryba — th’ is clear. A więc trzeba będzie pływać?
— Tak, bo musimy się dostać na wyspę.
— Słusznie; czółen tam niema.
— Czółno nie przydałoby nam się na nic; spostrzeżonoby nas. A zatem ufacie sobie, że przepłyniecie z tamtego brzegu wpoprzek jeziora na wyspę i z powrotem?
— A to pytanie! Powiadam wam, że dopłynąłbym do księżyca, gdyby między nim a ziemią było dość wody.