Strona:Karol May - Old Surehand 01.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


strzelać bez przestanku. A czy wie mój starszy brat, że on chętnie unika walki, nie ze strachu, lecz dlatego, że nie chce przelewać krwi ludzkiej? Wtedy chwyta się podstępu, a chytrości jego należy się bardziej obawiać, aniżeli strzelby zaczarowanej. On przyjdzie, nie, ażeby z nami walczyć, lecz ażeby podstępem wydrzeć nam jeńca.
Starzec się zamyślił, pokiwał głową w jedną i drugą stronę i rzekł po chwili:
— Słowa Wupa Umugi nie mogą zmienić myśli moich, ale skoro topór wojenny już raz wykopany, należy wszystko, co się zwykle tylko raz rozważa, dziesięć razy rozważyć, i nie wolno spodziewać się dobrego, lecz złego. Ja powiadam, że Old Shatterhand nie przyjdzie, a ty, że przyjdzie. Przypuśćmy, że należy go nam oczekiwać — tem lepiej w takim razie, jeśli go tu nie będzie.
— Lepiej? Czy mój brat go się obawia? Ja bardzo sobie życzę, żeby nadszedł. Pochwycilibyśmy go i przygotowalibyśmy dlań słup, przy którym zginąłby z Old Wabblem.
— Czy chcesz pochwycić wiatr, przemykający ci między palcami?
— Czy Old Shatterhand to powietrze? Czy nie był już kilka razy jeńcem Komanczów?
— Wiem o tem dobrze, ale czy nie wywiało go zawsze z rąk waszych?
— Jeżeli ja go pochwycę, to go już pewnie zatrzymam!
— W takim razie otwórz ręce, gdy nadejdzie, i patrz, jak ci w nie wpadnie.
— On wpadnie. Wiem nawet o którym czasie.
— Kiedy?
— Nasi wojownicy wyjechali nocą od niego, a on wyruszył stamtąd dopiero nazajutrz. Wyprzedzili go zatem, a ponieważ przybyli dzisiaj wieczorem, on nadejdzie jutro.
— Tutaj?