Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie sądzę; obcy effendi to człowiek, który znajdzie każdego, kogo szuka.
— W takim razie musiałby być wszechwiedzącym!
— To niepotrzebne; jego oko widzi wszystko, znał drogi, obranej przez rabusiów kobiet, lecz obliczył tak dokładnie, jakby mu ją kto podał.
— Gdzie znajduje się teraz?
— On... on... jest jeszcze u nas we wsi — odrzekł zapytany z wahaniem.
— Jeszcze u was we wsi? — powtórzył obcy z uśmiechem nie całkiem przytłumionym, przesuwając po mnie krytyczne spojrzenie. — Chciałbym zobaczyć tego człowieka. Gdybym miał czas, pojechałbym tylko w tym celu do Bir es Serir, lecz godziny moje są tak policzone, że nie mogę zabawić dłużej.
Wstał i poszedł do swego wielbłąda. Chociaż obserwowałem go nieustanie, miałem czas przypatrzyć się także zwierzęciu, Wpadło przytem w oko, że wielbłąd miał wadę, zwaną „skubaniem“. Wada polega na tem, że wielbłąd taki zamyka i otwiera na przemian palce u nóg, przyczem wyrywa źdźbła trawy, któremu się zostają między palcami. Wada nie powoduje wprawdzie wielkiej szkody, ale fakt, że zauważyłem ją u zwierzęcia, mógł mi się bardzo przydać

97