Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śmieli się z tego, ale ponieważ tylko głupi się śmieją, okryłem się godnością głębokiego milczenia. Mówili bardzo dużo z szeikiem.
— Cicho, czy głośno?
— Oczywiście, że cicho! Z początku wezwałem ich, ażeby mówili zrozumiale, gdyż, jako ich dozorca, chciałbym wiedzieć, co mieli sobie do powiedzenia, lecz oni sami zwrócili moję uwagę na to, że głośną rozmowę mogliby tu na dole usłyszeć nieprzyjaciele. Ponieważ to popsułoby plan twój, pozwoliłem im chętnie na przyciszoną rozmowę. Zdaje mi się, że w ten sposób znacznie się przyczyniłem do tego, że plan twój się powiódł.
— Co o tem wszystkiem myślę, powiem ci później, teraz chcę tylko wiedzieć, w jaki sposób zbiec im się udało.
— W jaki sposób? Bardzo łatwo! Szeik dobył noża, przeciął ich więzy, zanim miałem czas temu przeszkodzić, a jeńcy zerwali się i uciekli.
— Szeik! Czy może z nimi razem uciekł?
— Nie, został. Siedzi jeszcze na górze, tam, gdzie przedtem.
— Czy powiedział, co skłoniło go do tego czynu?
— Nie, ale tobie chce to powiedzieć. Kiedy ci łajdacy uciekli, wymierzyłem ze strzelby, ażeby ciała ich przeszyć temi trzema kulami; on jednak broń mi odebrał, twierdząc, że lufa

42