Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przy strzelaniu pęknie. Ustąpiłem, bo nie jest wykluczone, że strzelba popsuta; a w takim razie w rękach mogłaby mi pęknąć. O własne życie wprawdzie nie dbam — ciebie jednak nie chciałem pozbawić mojego towarzystwa i opieki. Dałem za wygraną, i ograniczyłem się do tego, że ci o ucieczce odrazu ze szczytu doniosłem.
— W którym kierunku uciekli?
— Kto w takiej ciemności może rozpoznać kierunek? Uciekli, ale dokąd, to tylko Allah wie. Gdyby szeik nie był przeciął im więzów, siedzieliby jeszcze na górze pod nadzorem moich bystrych oczu, którym nic ujść nie zdoła. Cóż robić! Uciekli. Je ste m teraz znowu do twojej dyspozycji, więc powiedz mi, co mam czynić? Czy chcesz, ażebym natychmiast zaatakował łowców?
— Nie, nie! Usiądź sobie gdzie na uboczu i całkiem się do niczego nie wtrącaj. To będzie jeszcze najlepsze. A gdzież jest twoja strzelba?
— Leży na górze.
— Dlaczego jej nie przyniosłeś?
— Nie przyniosłem jej bo prawdopodobnie jest uszkodzona. Zresztą, druzgocące wrażenie głosu mojego większe ci w walce z łowcami korzyści przyniesie, niż sto strzelb.
— Ja ci jednak mimo to najsurowiej nakazuję, ażebyś siedział cicho! Nie chcę ani

43