Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Więc uciekajmy! Prędzej, prędzej effendi, chodź!
Wziął mnie za rękę, by pociągnąć za sobą.
No, nie bój się stary tchórzu! To były nasze strzały i nieprzyjaciele ustąpili przed nami.
Hamdulillah! Wiedziałem, że ich mój głos przerazi i skłoni do odwrotu. Mojego krzyku lękają się nawet najwięksi bohaterowie i najśmielsi wojownicy, gdyż to jest głos najzuchwalszego wojownika z potężnego plemienia Fessarów,
— Mylisz się, bo to ryk największego osła, jakiego kiedykolwiek widziałem, i z pewnością nawet mysz nie ucieknie przed tobą. Głupcze, poproś Allaha, ażeby choć raz w życiu dał ci myśl jakąś trafną! Jeńcy, oczywiście, umknęli?
— To szeik Monassyrow ich puścił.
— Szeik? Przecież byli pod twoją strażą, nie zaś jego!
— Istotnie, mnie powierzono nad nimi opiekę, ale, posłuchaj, opowiem ci wszystko, ażebyś poznał, że jestem niewinny, a nawet, przeciwnie, jak największych dołożyłem starań, ażeby wrogów naszych, łowców niewolników, napełnić strachem. A więc słuchaj, effendi! Siedziałem tam na górze przy jeńcach, a szeik był przy mnie. Rozmyślałem nad tem, co, jako mężny wojownik, winienem czynić w tak odpo-

40