Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


posuwają. Lufy strzelb zniżyły się i, na dany przeze mnie znak, huknęły. Echo odbiło się od skał, a z niem zmieszały się krzyki ranionych i uciekających.
Cofnęli się i widocznie stracili odwagę. Teraz żołnierze moi zajęli poprzednie swe stanowiska, tak, ażeby półkole było zamknięte.
Wtem nadbiegł ktoś ztyłu i, zbliżywszy się do mnie, zawołał:
— Effendi, effendi, gdzieś ty? Ja ciebie szukam!
Był to nieszczęsny Selim. Ten gałgan robił wszystko przewrotnie.
— Stul gębę! — odpowiedziałem mu. — Dlaczego wrzeszczysz?
— Ażebyś mnie usłyszał, effendi.
— Jesteś głupi! Nie zdajesz sobie sprawy z tego, że i nieprzyjaciel słyszy twoje wołanie?
— Jeżeli posłyszy, to nawet najśmielszy ze strachu zadrży.
— Jesteś głupi i baty ode mnie dostaniesz, bo wszystko nam swoim wrzaskiem zepsułeś; a w każdym razie jesteś winnym krwi, która teraz popłynęła!
Allah kehrim! — Boże, bądź nam miłościwi Słyszałem huk po skałach, Czy może zbójcy naszych żołnierzy wystrzelali?
— Tak jest. Dzięki tobie wszyscy do ostatniego zginęli i tylko ja sam zostałem.

39