Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łem oprzeć się pokusie i nie wykonać zemsty? Zresztą, czy przyrzekałem ci może bezwarunkowe posłuszeństwo? W decydującej chwili stanął mi żywo przed oczymą obraz pomordowanych i leżących na piasku pod Bir es Serir, i zdaje mi się, że uśmiercenie trzech rabusiów niczem jest wobec grozy, jaką obraz ten w duszy mojej wywoływa. Miałem zatem prawo do pomsty, nie oglądając się, czy pozwalasz, czy nie!
Z trudnością tylko zdołałem się powstrzymać od dania mu odpowiedzi, i zwróciłem się do fakira, który właśnie rozglądał się wokoło z prawdziwem osłupieniem. Dżelabi również przyszedł do przytomności; przecierał oczy, jakby jeszcze w tej chwili nie wierzył wszystkiemu.
Żołnierze moi rzucili się teraz na jeńców i poczęli im przeszukiwać kieszenie i torby, zabierając wszystko, co tylko miało jakąkolwiek wartość. Odmówić im tego — było rzeczą wielce ryzykowną, to też udałem, że nic nie widzę, i przysiadłem się do fakira, który zamknął oczy, niewiadomo ze wstydu, czy też z bólu.
Sallam, ia Weli el kebir el maszkur! — Bądź pozdrowiony ty wielki sławny i święty człowieku! — zagadnąłem uprzejmie. — Cieszę się bardzo, iż cię tu ujrzałem, i mam nadzieję, że i tyś szczęśliwy z tego spotkania.
— Bądź przeklęty! — syknął jak żmija, nie otwierając wcale powiek.

122