Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pomyliłeś się, mój drogi! Chciałeś powiedzieć: „bądź błogosławiony!“ — wiem o tem i odczułem całą duszą tęsknotę, jaka cię pchała ku mnie. Wysłałeś nawet posłańców, aby odszukali miejsce, na którem chwilowo odpocząłem. Twoja tęsknota wynikała ze szczerego i dobrego serca. Postanowiłeś powystrzelać moich żołnierzy, a mnie wyciąć język i ręce, i następnie sprzedać mnie jednemu z najokrutniejszych książąt murzyńskich.
— On jest wszystkowiedzący! — krzyknął mimowoli do swego towarzysza, którego wzrok pałał śmiertelną nienawiścią ku mnie.
Pochyliłem się nad nim, mówiąc:
— Miałeś najzupełniejszą słuszność, twierdząc, że niebawem zobaczymy się znowu i że będę miał sposobność poznania cię bliżej. Mimo tedy, żeś wyruszył w kierunku El Faszer, spotkaliśmy się znowu i jestem z tego bardzo zadowolony ponieważ potwierdza to w zupełności mój sąd o tobie. Jesteś właśnie tym człowiekiem, któremu błysnęła genjalna myśl, aby mi odciąć język i ręce. Jeżeli teraz żywisz przeświadczenie, że odpłacę ci pięknem za nadobne, to nie mylisz się wcale!
— Nie rozumiem zupełnie, — wyrzekł w odpowiedzi tonem oburzenia — dlaczego jestem związany? W jakim celu napadliście na nas? Co możecie nam zarzucić i udowodnić? Żądam stanowczo, abyś nas z więzów uwolnił!

123