Strona:Karol May - La Péndola.djvu/26

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Tak, to ja — odrzekł Sternau za matkę. — Przybyłem tu przed kilkoma minutami i mam zaszczyt podziękować jak najgoręcej za dobroć i serdeczność, okazywaną mej matce i siostrze.
    Nie spuszczając ze Sternaua zdumionego wzroku, leśniczy odparł:
    — Ależ, niema za co. To ja raczej powinienem dziękować pani Sternau. Ona stara się nieco oswoić zakamieniałego dzikusa. A zresztą, jesteśmy przecież krewni. Niech pan siada i proszę wybaczyć, że się panu tak bacznie przyglądam, ale wyobrażałem sobie pana zupełnie inaczej i stąd moje zdumienie.
    — Czy mogę wiedzieć, jak mnie pan sobie wyobrażał? — zapytał Sternau, siadając między matką i siostrą.
    — Wyobrażałem sobie pana jako niskiego, nędznie zbudowanego człowieczka, o delikatnych rysach twarzy, i ze złotemi okularami na nosie, a tymczasem...
    Leśniczy przerwał, nie znajdując dalszych, słów. Sternau dokończył za niego:
    — A tymczasem to jakiś Goljat, bez okularów, bez delikatnych rysów...
    — Nie, nie, tego nie myślałem. Właściwie chodzi mi tylko o wzrost. Nie wyobrażałem sobie, aby pani Sternau mogła być matką takiego olbrzyma. Ale tem mi przyjemniej mieć pana w rodzinie. Ponieważ nie wygląda mi pan na człowieka, który może głowę stracić z powodu jakiejś błahostki, będę szczery i powiem, że mi już o pańskim przyjeździe przedtem doniesiono.
    — Ah, tak?
    — Dziś rano zameldowała mi o przybyciu pana szanowna policja.

    24