Strona:Karol May - La Péndola.djvu/120

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    dynie Sternau w towarzystwie lorda następnego dnia wyjechał konno na przejażdżkę na główną arterję stolicy, Alamedę, gdzie postać jego wyniosła budziła powszechny podziw. — — —
    Józefa Cortejo leżała w swym pokoju w hamaku. Paliła tak ulubionego przez Meksykanki papierosa, trzymając przed sobą książkę, której nie czytała wcale. Jej sowie oczy patrzyły gdzieś wdal. Myślała o ukochanym hrabi Alfonsie, który przed odjazdem przyrzekł ją poślubić, jakkolwiek jej nie kochał. Myślała również o tych pięknych, ognistych Hiszpankach, wśród których łatwo znaleźćby się mogła taka, któraby go opętać potrafiła.
    Tymczasem do pokoju wszedł Pablo Cortejo; czoło miał pomarszczone, w ręku trzymał list. Zwrócił się do córki:
    — Z pocztą, którą otrzymałem, nadszedł list od mego brata.
    Józefa skoczyła, wyciągając ręce.
    — Daj go tu! Co tam słychać w Hiszpanji?
    — Hm. I źle i dobrze. W międzyczasie Alfonso był w Niemczech.
    — Ah, tak. W jakim celu?
    — Z powodu tego przeklętego doktora. Człowiek ten przybył do Hiszpanji na nasze nieszczęście. To nasz zagorzały wróg.
    Józefa ściągnęła brwi pogardliwie.
    — Pah! Któżby się bał jakiegoś tam eskulapa.
    — A jednak musimy się przed nim strzec — odpowiedział Cortejo poważnie. — Już pierwszego dnia, zaledwie przybył na zamek Rodriganda, człowiek ten przejrzał

    118