Strona:Karol May - La Péndola.djvu/119

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Unger zdecyduje się wyrzec tej gospody. Czy się mylę?
    Pytanie było skierowane do Sternaua, który podszedł do lorda i, wyciągnąwszy doń ręce, rzekł z radosnym, szczerym uśmiechem:
    — Mylordzie, okazujesz nam więcej, aniżeli gościnność. Bóg zapłać. Przyjdziemy wszyscy trzej.
    — Ale jak najprędzej, moi panowie. Odchodzę teraz, by przysłać po was powóz. Dowidzenia.
    Sternau odprowadził gościa aż do drzwi. Gdy wrócił do pokoju, zastał na kanapie Mariana, zalanego łzami.
    — Co panu jest? — zapytał przelękniony.
    — Nic, drogi przyjacielu, — odparł Hiszpan. — To łzy szczęścia. Bałem się, że źle przyjmie oświadczenie Amy.
    — No, i widzi pan, że się co najmniej nie gniewa.
    — Tak, zawdzięczam to panu. Domyślałem się, że przybył do pana, by się czegoś o mnie dowiedzieć. Niech pan nie bierze za złe tych łez. Chory ulega łatwo bólowi, czy radości, o wiele łatwiej, aniżeli zdrowy. Czuję się szczęśliwy, że człowiek ten nie ma do mnie żalu, że tak serdecznie ze mną mówił... —
    W jakiś czas potem zajechał pod gospodę powóz, by zabrać Sternaua, Mariana i Ungera do mieszkania lorda. Lord zajmował jeden z najpiękniejszych pałaców miasta, a przytem nader obszerny. Goście otrzymali apartamenty godne książąt. —
    Mariano nie mógł jeździć konno z powodu choroby. Unger nie bardzo przywykł do siodła, konia dosiadał chyba nie więcej, niż dziesięć razy w życiu. Je-

    117