Strona:Karol May - Jaszczurka.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Możebyś teraz udał głos małpy, — ozwał się Abu en Nil — jesteśmy wolni.
— Zaniecham tego, a natomiast spróbuję nawiązać rozmowę z Ibn Aslem, i to bezpośrednio.
— Niech cię Allah uchowa wszak wywnioskuje stąd, gdzie jesteśmy, i każe strzelać z karabinów. Jest wprawdzie dosyć ciemno, ale gdyby dali kilka salw, to mogłaby się zabłąkać do nas kula i uśmiercić którego, z nas a to wcale nie należy do przyjemności
— Nie obawiam się i zobaczysz, że uśmiejemy się przy tej okazji
Zwróciłem się twarzą wgórę rzeki, przyłożyłem obie dłonie do ust i jak przez tubę krzyknąłem głośno, wymawiając zwolna sylaby:
— Ibn Asl! Ibn Asl! Łap nas, trzymaj! Słowa te odbiły się echem o gęsty las, który rozciągał się wzdłuż brzegu, a mimo to nie straciły wyrazistości.
— To on, ten pies, ten psi syn! — zerwał się Ibn Asl — tam, w górze na wodzie! Widocznie zabrali nam łódź!
Zebrani na pokładzie zaczęli natychmiast przeginać się wdół celem przekonania się, czy istotnie brakuje łodzi, ja zaś odezwałem się znowu w ten sam sposób:
— Tak jest, mamy twoją łódź. Teraz możesz nareszcie żądać ode mnie, bym śpiewał.
— Słyszycie? — ryczał wściekle Ibn Asl. —

101