Strona:Karol Irzykowski - Z pod ciemnej gwiazdy.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ratowali, albo przynajmniej pocieszali i krzepili wobec nadchodzących wieków trwogi.
Sąsiad Mars, dostępny teraz zupełnie oczom, znakomicie uzbrojonym, zabiegał ziemi drogę i trzymał przed nią jak zwierciadło jej przyszłości, jak tarczę Meduzy, własną powierzchnię popękaną w symetryczne bruzdy, wypełnione pyłem meteorytowym jak przekreślony rysunek.
Po drugiej jednak stronie — o smutna radości — najbliższa sąsiadka ziemi Wenus przebywała dopiero epoki przedpotopowe, pokrywała się najbujniejszą zielonością i dojrzewała jak kwitnąca dziewica. Już można było przypuścić istnienie zwierząt na niej, ale jeszcze nieprawdopodobnem było, żeby w tych warunkach klimatycznych mogła się na niej narodzić istota myśląca — człowiek.
Zaczęła ziemia żyć wspomnieniami o własnej przeszłości i rozpaczą o przyszłości i powoli wykluła się, najprzód przez romansopisarzy, potem przez uczonych pielęgnowana myśl, by z niegościnnego już planety przenieść się na Wenus. Ta myśl przez wieki zmieniła się z marzenia w nieodwołalną konieczność, około której skupiały się teraz wszystkie dążenia. Połowa ludzkości zajęła się problematami inżynierskimi, gdyż należało za wszelką cenę urzeczywistnić utopijny plan. Wszystko poza tem prawie straciło znaczenie, bo któżby wytwarzał jakie dobra kulturalne, jeżeli niema pewności, jak długo one potrwają i komu i na co się przydadzą. Bo dzięki wysokiemu rozwojowi nauki, historji, ludzkość nauczyła się żyć olbrzymiemi perspektywami dziejowemi.
Dla wielu śmiałków nie ulegało wątpliwości, że niegdyś ludzkość dokonała już tego czynu, przeprowadzając się na ziemię z Marsa, tylko że pamięć o tem zaginęła, albo też zatarto ją naumyślnie. Fakt jednak, że się już raz