Strona:Karol Irzykowski - Z pod ciemnej gwiazdy.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Almanzor
czyli
Zęby i ruptura

Robert leżał na łóżku hotelowem i wył z bólu. Bolały go zęby już od rana, potem ból jakby zaczaił się chytrze, aż z nadejściem nocy, gdy już nie można było pójść do dentysty, wyskoczył z zasadzki i zaczął zadawać Robertowi wyrafinowane męczarnie. Wwiercił się maleńkim trybuszonem w miękki, bezbronny koniuszek nerwu, chwilami wbiegał, jak cichy piorun, rozłupywał kość na wskroś i zanurzał się gdzieś w głowie, wywołując na szczycie czaszki ciepłe, rozstępujące się w okrąg fale cierpienia. Robert kwilił i skarżył się pocichu, jak dziecko. Ile razy ból ustawał, usiłował nie myśleć o nim, lecz zasnąć co prędzej. Przypisywał ataki bólu zdradliwym powiewom powietrza, które się przekradało przez szpary między kołdrą a prześcieradłem, i co chwila otulał się nią inaczej, coraz szczelniej. Chuchał w ząb i pieścił go, jakby prosząc o litość, lecz gdy stracił cierpliwość, zaczął palcem pukać w ząb, a potem pięścią gnieść sobie twarz, bo zdawało mu się, że w ten sposób rozszerzając ból, przytępi go i zagłuszy. Złuda ta nie trwała jednak długo, bo niebawem Robert wyskoczył z łóżka i przyciskając