Strona:Karol Dickens - Klub Pickwicka 02.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ści! Który sprawiasz, że żeglarz i podróżnik, choć dzielą ich całe mile, w dniu tym wracają do swego rodzinnego domu!
Ale tak zajęliśmy się zaletami Gwiazdki, że pozwoliliśmy panu Pickwickowi i jego przyjaciołom marznąć przed dyliżansem w Muggleton (chociaż przezornie okryli się płaszczami i szalami). Torby podróżne i walizy już ułożono, a Sam Weller i stajenny silą się wepchnąć ogromnego szczupaka w miejsce, które ten potwór kilkakrotnie przewyższa swemi rozmiarami. Szczupak jest pięknie upakowany w skrzynkę, przykrytą garstką słomy; zostawiono go na koniec, aby spoczywał spokojnie na półtuzinie baryłek z ostrygami (wszystko to stanowi własność pana Pickwicka), które umieszczono rzędem na dnie kielni. Twarz filozofa wyraża żywe zajęcie, tymczasem Sam i stajenny wpychają szczupaka, najpierw głową, potem ogonem, potem grzbietem, potem brzuchem, potem wzdłuż, potem wszerz, czemu nieugięty zwierz opiera się jak może. Wreszcie stajennemu udaje się przypadkiem ułożyć szczupaka w sam środek skrzynki, poczem szczupak znika, a razem z nim głowa i ramiona stajennego, który nie spodziewając się po szczupaku takiej ustępliwości, stracił nagle równowagę ku wielkiemu zadowoleniu służących hotelowych i gapiów. Na ten widok pan Pickwick wybucha niepohamowanym śmiechem, wyjmuje z kieszeni szylinga i prosi stajennego, by zechciał wypić za jego zdrowie szklaneczkę gorącej wody z wódką. Na to stajenny uśmiecha się, a panowie Tupman, Winkle i Snodgrass uśmiechają się również. Stajenny i pan Weller znikają na pięć minut, prawdopodobnie poto, aby spełnić życzenie pana Pickwicka, gdyż po powrocie mocno pachną wódką. Stangret siada na kozioł, Weller obok niego, pickwickiści okrywają sobie nogi płaszczami, nosy wsuwają w szale, stajenni zdejmują okrycia z koni, stangret krzyczy wesoło „Wio!“ — i pojechali!
Dyliżans dudni po ulicach, skacze po kamieniach — aż wreszcie wjeżdża na otwarty gościniec. Koła toczą się po twardym i zmarzniętym gruncie. Konie, zachęcone lekkiem dotknięciem bata, zaczynają biec kłusa z taką łatwością, jakgdyby wszystko, co im kazano ciągnąć — powóz, pasażerowie, szczupak, baryłki z ostrygami i t p. — było nie cięższe od piórka. Zjechali po łagodnej pochyłości, potem wspięli się na wzgórze tak twarde i gładkie, jak blok marmuru. Tak ujechali ze dwie mile. Nowe dotknięcie batem — i konie puszczają się galopem, wyrzucają głowami, brzęczą uprzężą, jakby rozweselone szybkością jazdy; stangret, trzymając bat i lejce w jednem ręku, drugą zdejmuje kapelusz, kładzie go na kolanach i chustką ociera pot z czoła; trochę dlatego, że tak wypada, a trochę by pokazać pasaże-