Strona:Karlinscy.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
OPALINSKI (z wału.)

Baczność! bój straszny — chmura jedna drugą
Pożarła — skryła — nasi tracą ludzi...
Bliżej — padają z końmi — słabną — biada!
Siła się chwieje — rzecz nasza przepada!

MIELĘCKI.

Znowu się zwarli — walczą jak szatani!
Słaby głos krzyków już słychać w powietrzu,
Tam naprzód wybiegł jeden — sam na koniu,
Lśniącą ma zbroję i miecz błyskawiczny!

MARYA.

To on!... Izydor! jego hełm — o Boże!...

MIELĘCKI.

Jak piorun gromi — walczy — wraca — pędzi,
Gdzie wpadnie to jak bryła w toń rzucona
Rozpycha fale pierzchające w koło!
Do koła niego pierzchają szeregi.

KARLINSKA.

Wiek już trwa walka!

MARYA.

Matko podnieś czoło!
O za to szczęście nie ukarz mnie Panie,
Że dusza Polki większa od swej trwogi.
To on!... tam! patrzaj!...

OPALINSKI.

Znowu ginie w tłumie
To lewe skrzydło — natarł pan Karlinski,
Prze wroga — ale od lasów Krakowa
Nie ciągnie drugi oddział, co miał hetman
Wysłać... gdy spóźni się... o! co za wrzawa!
Krzyki i trwoga w niemieckich szeregach,
Jak wąż ich linia wije się, rozrywa.
Ogień!.. — znów padło kilku rannych, biada!...
Tam płoną wioski okoliczne! dymy