Strona:K. Wybranowski - Dziedzictwo.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Widzę, że ksiądz mi odbiera chleb: jest lepszym psychologiem, niż ja. Bo ja w sobie żadnej zmiany nie widzę.
— Panie, pan się zmienił nawet fizycznie. Cofam to, com owego wieczora przy butelce powiedział. Zrobił się pan jakiś lekki, twarz nabrała życia, widać krew pod skórą i w oczach się coś świeci. Patrzy pan nie jak sędzia, ale raczej jak winowajca, który coś zbroił.
Twardowski zaczął się śmiać.
— Przysięgam, że nic nie zbroiłem. Tylko od rana spędzam czas na świeżem powietrzu, włócząc się po polu i lesie. Ot i do księdza przyszedłem piechotą.
Ksiądz kręcił głową — widocznie to tłumaczenie mu nie wystararczało.
— Dobrze to wszystko — rzekł Twardowski — ale gdzież ta kawa? Ja tu przyszedłem na kawę.
Ksiądz wypadł z pokoju, jak z procy. Twardowski tymczasem napróżno rozglądał się za lustrem, chcąc sprawdzić trafność jego spostrzeżeń.
— Za chwilę kawa będzie — rzekł ksiądz, wracając — Tak mię pan spiorunował swym wyglądem, żem zapomniał o obowiązkach gospodarza. Bardzo to zacnie z pańskiej strony, że pan przyszedł do starego klechy. Siadajmy i pogadajmy.
Twardowski stwierdził, że ksiądz prowadzi dalej swą politykę: gada dużo, ażeby gościowi nie pozostawić czasu na zadawanie pytań.
— Doprawdy z panem cud się dzieje — ciągle mówił ksiądz. — To zetknięcie z Polską tak na pana działa: tam, na obczyźnie, był pan rośliną, którą z korzeniami wyrwano z ziemi. Jest pan jak Anteusz, który przypadając do ziemi, nowych sił nabiera. A może?...
— Co może...
— Może pan spotkał jakie polskie dziewczę?... Przecie to w pańskim wieku byłoby całkiem naturalne. I dałby Bóg — toby pana już ostatecznie przywiązało do Polski.
— Spojrzał i trup, jak w powieści, co?
— No nie, tego nie mówię. Ale tak zainteresował się trochę... Przecież pan chyba nie jest obojętny na wdzięki kobiece?...
— Chce ksiądz, żebym mu powiedział, co myślę?... Ksiądz się boi, żebym go nie indagował co do przeszłości stryja, i dlatego wyszukuje coś na mnie. Najlepszą obroną jest atak, jak mówią Niemcy.
Ksiądz spoważniał.
— Niech się ksiądz nie boi. Mam wielką dla księdza przyjaźń i wierzę w jego przyjaźń. Wiem, że mi ksiądz powie wszystko, co może powiedzieć, i więcej już pytać nie będę.
Ksiądz w milczeniu wyciągnął do niego rękę i uścisnęli sobie dłonie.
— Ze swej strony księdzu powiem, że prowadzę dochodzenia w Warszawie, i zdaje mi się, że jestem na dobrej drodze. Mam nadzieję, że wkrótce będę mógł księdzu opowiedzieć bardzo interesujące i bardzo ważne rzeczy.
Pożegnali się serdecznie. Ksiądz chciał go odesłać swojemi końmi, ale Twardowski uparł się wracać piechotą. Jeszcze nie zaspokoił swej potrzeby ruchu.
W drodze do Turowa zapytywał siebie, skąd księdzu przyszło do głowy wmawiać w niego, że go zajmuje jakaś dziewczyna. Jedyna młoda kobieta, którą bliżej poznał, to panna Czarnkowska. Prawda, że go trochę zainteresowała, ale raczej w ujemnym sensie — nie fizycznie, bo jest ładna, a gdy chodzi o linje ciała, wyjątkowo piękna. Niewątpliwie, nie jest taka zła, jak

54