Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tam padłem, jak nieruchoma bryła. Była godzina dziesiąta rano.
Jan i stryj rzucili się na odłam lawy i zjedli po kawałku suchara.
Jęki wydobywały się z mych ust. Wkońcu wpadłem w długie omdlenie.
Po pewnym czasie stryj zbliżył się do mnie, wziął mnie w objęcia i z litością wyszeptał: — Biedne dziecko!..
Byłem ogromnie wzruszony temi słowami. Nie słyszałem nigdy z ust surowego profesora podobnie czułych wyrazów.
Pochwyciłem jego drżące dłonie w swe ręce. Pozwolił mi je trzymać, patrząc na mnie z żałością. Oczy jego były wilgotne od łez.
Wziął manierkę swoją z odrobiną wody i zbliżając ją do mych ust, wyszeptał:
— Pij...
Czy słyszałem dobrze? Czy to naprawdę mój stryj? Patrzałem na niego zdziwionym wzrokiem i zdawałem się nie rozumieć tego, co mi mówił.
— Napij się — powtórzył.
I podsuwając mi manierkę, wlał mi do ust całą zawartość.
Ach! radości niewypowiedziana! Łyk wody zwilżył mi spalone usta; jeden łyk, a zdołał mnie wrócić do życia, którego niewiele już we mnie zostawało.