Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wtedy, łowiąc ryby na morzu, spostrzegła jakąś olbrzymią bryłę płynącą zdaleka, jakby oderwaną od czegoś i w umyśle jej powstało przypuszczenie, że to wyspa z jej przyjaciółmi i z panią Pauliną, za którą tak bardzo tęskniła.
Powróciła do domu, złapała pochodnię, zapaliła i zaczęła nią potrząsać.
Był to ogień widziany przez Hobsona i sierżanta.
Jakżeż się ucieszyła, ujrzawszy zapalony też ogień w pobliżu.
Ale wszystko wkońcu znikło. Wsiadła więc w swój kayak i poczęła gonić odpływającą wyspę.
Wiatr pędził ją ku ciemnej bryle, która po godzinie szalonej jazdy dziewczyny, okazała się wyspą błądzącą.
Wydała wtedy krzyk przeciągły, słyszany przez Hobsona, jakby z głębi morza pochodzący i gonić poczęła szmat ziemi, na której byli jej drodzy przyjaciele.
Huragan był jednak tak gwałtowny, siła wichru tak straszna, że rzucało nią i miotało na wszystkie strony, aż wyrzuciło na brzeg lodowy zemdloną.
Tutaj znalazła ją Paulina Barnett i wyratowała wraz ze swą towarzyszką.
Gdy skończyła opowiadanie, podróżniczka odezwała się z uśmiechem:
— Moje dziecko, to nie ja ciebie wyratowałam, ale to szlachetne zwierzę, niedźwiedź podbiegunowy, który przeniósł cię w bezpieczne miejsce.
I jeśliby do nas kiedy przyszedł, uszanujemy go, jako twego istotnego wybawcę!
Kalumah, nasycona i wypoczęta, upieszczona przez obie zacne kobiety, nabrała tyle sił, że mogła iść wraz z niemi do portu.