Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To kobieta! — zawołała podróżniczka, rzucając się na ratunek.
— Zatrzymaj się! Niedźwiedź. On jej żadnej nie zrobi krzywdy!
Niedźwiedź, rzeczywiście, przyglądał się ciału kobiety, obracając je tylko, ale nie myśląc rozszarpywać. Odchodził i wracał nanowo. Jakby zastanawiał się nad tem, co ma począć. Nie spostrzegł nawet dwóch kobiet, tak był obserwacją zajęty.
Wtem rozległ się jakby trzask. Ziemia zadrżała we wnętrzu, zdawało się, że przylądek Eskimoski pogrąży się w morzu...
Oderwał się rzeczywiście olbrzymi kawał wyspy, unosząc niedźwiedzia i ciało kobiety.
Paulina Barnett wydała okrzyk i chciała się rzucić ku oderwanemu lodowcowi.
— Czekaj, czekaj jeszcze, moje dziecko! — wołała Magdalena, zatrzymując ją energicznie.
Na hałas wynikły z oderwania się kawałka wyspy, niedźwiedź wydał ryk przeraźliwy, zostawił ciało kobiety i skierował się ku oderwanej części wyspy. Jak oszalały biegał, szarpał grunt pazurami, rozsypywał wokoło siebie śnieg i piasek i znów wracał do bezwładnego ciała.
Potem, ku wielkiemu zdumieniu dwóch kobiet, złapał za odzież leżącą, przebył brzeg lodowca i wszedł w morze.
Kilku rzutami przepłynął wodę i skierował się ku brzegom wyspy.
Tutaj to ułożył na ziemi ciało kobiety.
Tejże chwili Paulina Barnett, wydarła się z rąk Magdaleny i skierowała się ku brzegowi wyspy.