Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kto w podobny sposób, ale nikt nie dawał już znaku życia.
Tylko, jakby z głębi morza wydarł się krzyk rozpaczy i ucichł..
W kilka minut potem poczęło świtać, gwałtowność burzy o wiele zmalała, niebo zrobiło się jasne.
Wtedy podróżnicy spostrzegli, że nie było ani kawałka lądu w pobliżu, morze i morze dokoła.
Przez cały ranek Hobson i sierżant Long chodzili po wyspie.
Pogoda była piękna, deszcz ustał, wiatr tylko jeszcze dokuczał.
— A więc, mój poruczniku. — odezwał się sierżant, — trzeba pogodzić się z losem!
— Trzeba, mój sierżancie, — odpowiedział Hobson, — trzeba zostać na naszej wyspie i oczekiwać zimy! Ona tylko może nas uratować.
Było już południe. Hobson chciał wrócić do portu przed wieczorem i zadecydował powrót do domu.
Szli zadumani, myśląc nad tem, czy podczas huraganu wyspa nie rozpadła się na dwie części, czy nie są teraz oddzieleni od swych przyjaciół? Mogli się wszystkiego tego spodziewać!
Powrócili tą samą drogą, co i wczoraj, napotykając po drodze mnóstwo drzew obalonych, liści porozrzucanych.
Wtem porucznik ujrzał olbrzymi lodowiec, który odłączył się od wyspy i szedł w przeciwną stronę.
— Powoli spotka i naszą wyspę to samo, — odezwał się do sierżanta, — lody urywać będzie huragan i potoniemy, o ile zima nie przyjdzie na nasz ratunek.