Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tajeniem lodu, który ich jedynie utrzymywał na powierzchni.
Ale nie było żadnej oznaki, aby zima nadeszła, ciepło było zupełnie.
Mieszkańcy wyspy błądzącej czuli się dobrze. Pożywienia było dużo, pomimo że nie przysłano dotąd niczego z portu Zjednoczenia. Biszkoptów i sucharów nie brakło, lekarstw również, co zaś do zwierzyny, to wciąż była świeża. Wszystkie zwierzęta, nie mogąc przejść gdzieindziej, rodziły się i mieszkały na wyspie, dostarczając wybornego mięsa podróżnikom.
Wszystkim, którzy nie wiedzieli o tem, w jakiem są niebezpieczeństwie było tu bardzo dobrze. Wychwalono roztropność Hobsona w obraniu tutaj miejsca na składy, cieszono się z obfitości zwierząt i wygód.
Paulina Barnett wraz z Magdaleną zabrały się do szycia odzieży na zimę. Użyto do tego najcenniejszych i najcieplejszych futer ku zdumieniu wszystkich, ale taki był rozkaz porucznika Hobsona.
Pogoda była dotąd piękna, gdy naraz 27-go sierpnia, niebo zachmurzyło się straszliwie, śnieg począł padać, burza wyrywała drzewa z korzeniem lub łamała pnie słabszych, Hobson z trudem wrócił z polowania do domu, widząc po drodze okropne spustoszenia.
Huragan trwał trzy całe dni i noce bez przerwy.
Gdy ustał, porucznik poszedł rozejrzeć się wokoło, gdy naraz, ku wielkiej swojej radości, spostrzegł duże łodygi roślin amerykańskich, wiatrem widocznie zaniesione na wyspę. Miała więc być niedaleko już ziemia!
Podzielił się swem spostrzeżeniem z sierżantem i postanowił iść z nim na wyprawę, aby być może, spostrzedz już gdzieś zdala ląd stały.