Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Biedny pan Black! — odezwała się do uczonego, — przyznać należy, że żaden z astronomów nie miał tak dziwnych i ciężkich przejść!


Rozdział XVI.

Nowa, nieprzewidziana sytuacja zmusiła Hobsona do ciągłego spoglądania na mapę.
Wyspie pływającej groziły dwa niebezpieczeństwa.
Albo uniesiona zostanie z biegiem wody ku biegunowi północnemu, gdzie czekałaby podróżników śmierć z mrozu, albo zapędzona na południe, straci swej lodowy fundament i skierowawszy ku oceanowi Spokojnemu, zatopi wszystkich w jego nurtach.
Wkońcu postanowił wraz z sierżantem i Pauliną Barnett wyruszyć w okolice, aby się przekonać, czy niema gdzie choć kawałka lądu w pobliżu, aby móc mieć jakieś oparcie w razie niebezpieczeństwa.
Obejrzano wszystkie strony, przespacerowano aż nad brzeg wyspy lodowej i nie zobaczono niczego prócz wód niezmierzonych dokoła. Przekonano się przytem, że pędzono teraz w kierunku wschodnim i że grubość lodu, który stanowił jakoby fundament wyspy coraz to cieniał i grunt ziemisty pogrążał już nad brzegami w wodzie.
— Zagłębiamy się w morzu powoli! — zamruczał sierżant — pod spodem coraz mniej lodu!
— Ach! zima! zima! — zawołał Hobson, uderzając nogą o przeklęty grunt osadzony na lodowcu.
Pragnęli teraz zimy, tak jak przedtem pożądali lata, a skłaniała ich do tego obawa przed zupełnem od-